Gruby Herkules i nos Kleopatry, czyli pokonujemy mit antycznego piękna. „Skazany na trening” – recenzja

Trenuję od kilku lat i myślę, że ze sportem tworzymy zgrany duet. W dzieciństwie intensywnie grałam w tenisa stołowego, trenowałam, jeździłam na zawody, a dziecku w wieku szkolnym sytuacja, kiedy nie idzie do szkoły podoba się szczególnie 🙂 Później biegałam, nie na żadnych stadionach, ale z rodzicami po polach sąsiada, to był nasz czas, spędzaliśmy go razem i te momenty zapamiętam na zawsze. Kilka lat później z różnych powodów zerwałam ze sportem i choć zawsze był blisko, ciężko było mi wrócić do aktywności fizycznej, no i wtedy pączek zaczął rządzić… I tak wróciłam do sportu. Jedynym rozsądnym wyjściem wydawała mi się siłownia, a że klub powstał blisko mojego bloku wymówek już nie miałam. No dobrze, ale jak wrócić, od czego zacząć. Początkowo były to zajęcia zorganizowane, później treningi funkcjonalne, spinning, aż w końcu postanowiłam ćwiczyć sama. Początkowo był to trening siłowy oparty na trójboju, później crossfit. Dlaczego w takiej kolejności? O tym TUTAJ. W ostatnim czasie rozpoczęłam swoje zmagania z planem Smolova. Jest to morderczy, a zarazem fantastyczny trening – ostatni dzień tygodnia i 10 serii po 3 powtórzenia z bardzo dużym ciężarem naprawdę sprawdzają na co nas stać. Napiszę Wam o swoich wrażeniach, zaletach i wadach treningu, gdy przejdę przez całe 6 tygodni. Trening Smolova wymaga systematyczności, a niestety zbliża mi się wyjazd, więc po 3 tygodniach zmagań plan przerwałam, ale po powrocie rękawicę znów podejmę. I tu dochodzimy do sedna wpisu. Niedługo wyjeżdżam więc od siłowni będę mieć przerwę, ale mimo wszystko przez ten czas chciałabym poruszać się, z drugiej strony czuję, że po długim okresie ćwiczeń z ciężarami moje ciało wymaga resetu i odpoczynku, po to aby wrócić z większą mocą na treningi siłowe. Szukałam sposobu, żeby ćwiczyć i nie stracić formy, a jednocześnie dać mięśniom i układowi nerwowemu odpocząć. Z pomocą przyszedł trening z masą własnego ciała. Wstyd przyznać się, ale gdzieś od roku posiadałam w zbiorach książkę „Skazany na trening” i ani razu do niej nie zajrzałam… O treningu z ciężarem własnego ciała nie mam pojęcia i mimo tego, że ćwiczę już spory czas to w tej materii jestem całkowitym nowicjuszem.

Książka Paula Wade’a „Skazany na trening” jest podręcznikiem, który od podstaw pokazuje metodę starej kalisteniki. Autor, były wiezień, który odsiadywał wyrok w jednej celi z komandosem Navy SEALs opowiada o swojej przygodzie ćwiczeń z ciężarem własnego ciała. Krok po kroku opisuje drogę, którą można dojść do perfekcyjnego wykonania „wielkiej szóstki”. „Wielką szóstką” Wade nazywa sześć podstawowych ćwiczeń, które wykonujemy ciężarem własnego ciała: pompki, przysiady, podciągnięcia, wznosy nóg, mostek i pompki w staniu na rękach. Proste? Nic bardziej mylnego.

6

Autor opisuje kolejne kroki, których wykonanie ma nas doprowadzić do ostatniego poziomu ćwiczenia – mistrzowskiego, jednocześnie przekonuje, że „wielka szóstka” angażuje wszystkie partie mięśniowe, więc rozwijamy je proporcjonalnie.

Na czym to polega?

Aby opanować do perfekcji wykonanie poszczególnych ćwiczeń musimy przejść aż 10 kroków. Ostatnim poziomem pierwszego ćwiczenia, czyli pompek są pompki na jednej ręce. Byłam zdziwiona, kiedy okazało się, że pierwszym krokiem nie są wcale pompki na kolanach czy też zwykłe pompki, ale pompki przy ścianie, które każdy zdrowy człowiek potrafi wykonać. I to jest super, bo osoby takie jak ja, trenujące kompletnie co innego także mają szansę na zabawę i progres. Inną kwestią jest liczba powtórzeń i serii. Każdy z dziesięciu kroków składa się z 3 mniejszych progów i dopiero osiągnięcie 3 pozwala przejść do następnego kroku. To tak jakby stała przed nami wysoka, zbudowana jest z 10 szczebli drabina. Odległość poszczególnych szczebli od siebie jest zbyt duża, abyśmy mogli zrobić krok i wspiąć się wyżej. Dlatego stosujemy małe trzy podpórki, dopiero po pokonaniu trzeciej możemy wejść na kolejny szczebelek.

Jak to działa?

przysiady

Zobaczcie sami, że aby przejść do przysiadów scyzorykowych musimy pokonać przysiady w staniu na barkach. Naszym celem treningowym w pierwszym kroku jest pokonanie trzeciego progu przejścia składającego się z 3 serii po 50 powtórzeń. Dopiero wtedy możemy wskoczyć na wyższy level. Autor książki radzi, aby, niezależnie od naszego stopnia zaawansowania i wytrenowania zaczynać zawsze od początku. Chodzi o wyrobienie pewnego nawyku, pamięci i naukę zupełnie innych ruchów niż do tej pory. Jeśli bez problemu wykonujemy krok pierwszy po prostu szybciej awansujemy na wyższy poziom. Jeśli jednak zaczniemy np. od kroku 8, bo wydaje nam się, że przecież potrafimy robić półprzysiady na jednej nodze, może się okazać, że nie jesteśmy w stanie zmierzyć się z progiem średniozaawansowanym, czyli 2 seriami po 10 powtórzeń. Kochani próbowałam przejść ten próg i wiem, że potrafię, ale mimo to zaczęłam od kroku pierwszego… Dlaczego? Dlatego, żeby zamiast zniechęcenia przyszła radość z progresu 🙂 O tym właśnie jest ta książka. Autor szczegółowo opisuje każdy z dziesięciu kroków wielkiej szóstki i ćwiczenia, które nas doprowadzą do poziomu mistrzowskiego. Od zera do mastera 😉

Podsumowanie

Podsumowanie dotyczy wyłącznie książki, nie piszę o zaletach i wadach kalisteniki, bo tym zajmę się w kolejnym wpisie. Autor we wstępie opisuje różnice między starą szkołą kalisteniki a współczesną i czyni ukłon w stronę pierwszej. Ta książka jest świetna dla osób, które kompletnie nie znają się na treningach z masą własnego ciała, ale zaawansowani również znajdą coś dla siebie. Napisana jest bardzo prostym i zrozumiałym językiem, wzbogacona została zdjęciami, które obrazują poprawne wykonanie każdego ćwiczenia, a nawet każdego kroku. Znajdziemy w niej głównie instrukcję dochodzenia do poziomu mistrzowskiego, który oczywiście nie musi być naszym celem. Możemy poprzestać na zwykłym podciąganiu się, albo pompkach w staniu na rękach, to od nas zależy ile chcemy osiągnąć. W części I zostały również opisane skomplikowane modyfikacje ćwiczeń, a w części drugiej bardziej zaawansowane kombinacje, np. flaga. Kolejnym plusem propozycji Paula Wade’a jest gotowa ściągawka z rozpisanymi treningami. Są to naprawdę bardzo różne programy treningowe, od 3 dni w tygodniu po 6, wyłącznie z masą ciała, ale też hybrydowe – dla kogoś kto nie chce rezygnować z treningu siłowego. Autor szczerze uprzedza, że może być tak, że osiągnięcie kolejnego poziomu będzie długotrwałe i mozolne więc osobom nastawionym na szybki efekt nie spodoba się metoda Wade’a. Zabrakło mi w książce ćwiczeń wspomagających kroki pierwsze „wielkiej szóstki”. Pierwszym krokiem do wykonania pompki w staniu na rękach jest stanie na głowie. Mam pewne wątpliwości, czy osoba początkująca będzie potrafiła sama to zrobić. I nie mówię o fizycznym wykonaniu, o sile, technice itd, ale o pokonaniu lęku związanego z przyjęciem nienaturalnej pozycji. Bez problemu potrafię ustać na rękach, ale uwierzcie, że stawałam na głowie żeby na niej stanąć, bo bałam się. W kilka minut oczywiście pokonałam strach, ale przypuszczam, że mogą znaleźć się osoby, których zniechęci to ćwiczenie. Z tych powodów warto byłoby umieścić w książce ćwiczenia, które przygotowałyby nasze ciało i psychikę do stania na głowie. Nie zgodzę się też z niesprawiedliwą krytyką treningu siłowego przy jednoczesnej laudacji kalisteniki. Autor twierdzi, że „Przeciętny trenujący człowiek – jeśli nie jedzie na steroidach – notuje z roku na rok tylko niewielkie przyrosty masy mięśniowej, a jeszcze mniejszy postęp w realnej sprawności fizycznej”. Serio? Myślę, że jestem przykładem osoby, która bez wspomagaczy w zdecydowany sposób poprawiła nie tylko sprawność fizyczną, ale i siłę mięśniową. I jestem przekonana, że dzięki temu na pewno jest mi łatwiej rozpocząć trening z masą własnego ciała. Autor mija się także z prawdą, gdy podaje przykład antycznych rzeźb twierdząc: „Atleci, którzy pozowali do tych rzeźb, byli bajecznie muskularni i bez problemu wygraliby współczesne zawody kulturystyczne”. Nie zabieram głosu w sprawie potencjalnej wygranej w zawodach, bo nie znam się na tym, ale teza, że atleci, którzy pozowali do antycznych rzeźb byli bajecznie muskularni nie jest prawdą… Nie ma i nie było ludzi, którzy posiadali tak harmonijne ciała. Dzisiaj wiemy, że proporcje antyczne są wymysłem rzeźbiarzy. Tematem antycznego piękna interesuję się od  dłuższego czasu i chętnie podzielę się z Wami swoją wiedzą.

Mit Herkulesa i pięknej Kleopatry…

Pojęcie piękna w starożytnej Grecji ściśle wiązało się z duchowością, z dobrym wychowaniem, z boskością. Kult ciała łączył się ze sportem, a zwycięzcę igrzysk uważano za wybrańca bogów – musiał on być kimś pięknym i wyjątkowym. Greccy rzeźbiarze  starannie tworzyli swe rzeźby i zwracali uwagę zwłaszcza na mięśnie i proporcje, ale to wszystko służyło podkreśleniu mechanizmu ciała oraz fenomenu jego działania (Zob. E.H.J. Gombrich, O sztuce, Poznań, 2008, s.87,89). Sokrates uważał, że chcąc przedstawiać piękne kształty ludzkie, przy jednoczesnej niemożliwości znalezienia idealnego człowieka o nieskazitelnym wyglądzie i proporcjach, należy go wymyślić i z kilku, czy też kilkunastu osób złączyć to, co w każdym z nich najpiękniejsze. Pisał o tym m.in Karol Estreicher w książce Historia sztuki w zarysie (Kraków, 1986, s.145). O greckich proporcjach pisze również Gombrich w książce O sztuce: „[…] Nie ma żywego ciała tak całkowicie symetrycznego, dobrze zbudowanego i pięknego jak te w greckich posągach. Ludzie często myślą, że artyści patrzyli na wiele modeli i eliminowali to, co się im nie podobało, że potem upiększali go, usuwając nieregularności i rysy, które nie zgadzały się z ich ideałem doskonałości […] Greckie podejście było zupełnie odwrotne […] Są to istoty z innego świata, nie dlatego, że Grecy byli zdrowsi, czy piękniejsi niż inni ludzie, nie ma powodu, by tak myśleć ale dlatego, że sztuka w tym momencie osiągnęła punkt, w którym to co indywidualne ustawione było w nowej i delikatnej równowadze […] (Cyt. za E.H.J. Gombrich, op.cit, s.103-104). Greckie piękno było czymś w rodzaju symulakry, stwarzanym przez artystów fantomem, który nie miał swojego rzeczywistego wzorca. We współczesnej kulturze masowej obserwuje się dążenie do urzeczywistnienia tego wyimaginowanego kanonu piękna, które rości sobie prawo do bycia uniwersalnym. Cielesność w starożytności była jedynie opakowaniem dla piękna duchowego. Grecy żyli zgodnie z pojęciem kalokagatia, kalos kagathos, czyli piękny i dobry. A cnota, jaką było dobro, wymagała nieskazitelnej otoczki zewnętrznej, stąd też greckie ciała były tak idealne. Prezentowane sylwetki były jedynie wyobrażeniem, marzeniem o idealnym pięknie, którego zasady utworzył Poliklet i nazwał je kanonem (np. wedle tego prawa stopa ludzka powinna liczyć 1/6 wysokości ciała, a głowa mieścić 7 razy w posągu, co dawało 1/8 wielkości ciała, tors wpisany w kwadrat, itd.). Powiem Wam jeszcze, że Kleopatra piękna nie była, a o seksualności Achillesa i wyglądzie Heraklesa można pisać eseje, ale to może innym razem…

Jedna myśl na temat “Gruby Herkules i nos Kleopatry, czyli pokonujemy mit antycznego piękna. „Skazany na trening” – recenzja

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: