Moja historia

Moich początków część I,  czyli pączek rządzi

Nigdy nie byłam chudym dzieckiem, ale apogeum swojego idealnego kształtu – czyli kuli osiągnęłam w 2015 roku. Pewnie ciekawi Was, co skłoniło mnie do pracy nad własnym ciałem. Co takiego się wydarzyło, że zdecydowałam się postawić swoje pierwsze kroki na siłowni – w miejscu zupełnie mi obcym, na myśl o którym miałam dreszcze. Nie wiedziałam, co mogłabym tam robić, jak ćwiczyć, nie miałam też znajomych, którzy jakoś by mi pomogli. Nie miałam pojęcia o niczym, a siłownie kojarzyłam głównie z filmów i zdjęć w Internecie. Wyobraźcie sobie, co musiałam wtedy czuć… Z jednej strony wypełniał mnie zapał, żeby w końcu po wielu próbach odchudzania osiągnąć jakiś niewielki sukces, a z drugiej obawy przed wyjściem do ludzi i zapisaniem się do siłowni.

IMG_20190504_141228

Początki bywają trudne…

    Niestety zima się skończyła i odeszła, ale nie zabrała ze sobą mojej nadwyżki kilogramów. Wręcz przeciwnie wydawało mi się, że zanim nadeszła miałam ich mniej… No cóż zaczęłam przeglądać szafę i wiecie co, czapki było dobre, szaliki, torebki i niektóre buty, reszta pękała w szwach. I nawet dziwiłam się, że elastyczne bluzki kiedyś jakoś lepiej leżały na mnie – to pralka robi psikusy i nie tylko kradnie skarpetki, ale też zwęża ubrania… Nie mogłam zmieścić się w swój ulubiony czerwony trencz! A podobno w czerwieni mi do twarzy! I tak stałam w kościele w czerwonym trenczu, który wyglądał jak z młodszej siostry, alby nawet córki i zaczęłam użalać się nad sobą. Nie żeby jakoś tak głośno, ale wiecie, no że laski będą stroić się w mini i trencze, a ja co najwyżej mogę turlając się od pokoju do pokoju pomarzyć o ładnej sylwetce, bo nie stać mnie na zdrowe jedzenie i siłownię, wiadomo – przecież trzeba jakoś wyglądać także na siłowni, kupić strój, odpowiedni obuwie, karnet a to kosztuje. Zawsze byłam aktywna sportowo więc pomyślałam, że może będę ćwiczyć z komputerem, a o diecie też sobie poszukam. Co ja nie dam rady? Ja?! No i nie dałam.

   W moim przypadku wszystkie działania kończyły się fiaskiem, zapętliłam się jak w błędnym kole. I to nie było tak, że się objadałam słodyczami czy coś. Próbowałam ruszać się przy filmikach instruktażowych, a wszystkie diety miałam opanowane do perfekcji. Teraz sobie myślę o tym, ile kasy i czasu kosztowało mnie, aby wziąć tyłek w garść i pójść do kogoś, kto ma o treningach i jedzeniu jakieś pojęcie. Teraz łatwo o tym mówić, ale jeśli ktokolwiek z Was miał kiedyś problem z nadwagą wie, ile pracy nad sobą kosztuje wyzbycie się wstydu przed sobą i innymi. Skrępowanie przed spojrzeniami uniemożliwiało mi pójście na siłownię a jednocześnie powodowało pozostawanie bez ruchu, a to z kolei przyczyniało się do tego, że było mnie coraz więcej. I uwaga! Żeby rozwiać Wasze wątpliwości nie jadłam dużo, ja prawie nie jadłam wcale i jak się okazało był to jeden z moich grzechów głównych.

IMG_20190504_141759

O ironio, a teraz słyszę „Och Boże Ty pewnie nic nie jesz, że tak schudłaś”, albo „Nie jesteś głodna?”, „Biedna, ma pewnie restrykcyjną dietę” – nie macie pojęcia jak bardzo nie lubię słowa „dieta”! Wcześniej gdy byłam grubsza spojrzenia much plujek mówiły mi: „Pewnie się obżera”, „Jedz mniej słodyczy”. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że jem dużo, ale też bardzo ciężko trenuję. Wcześniej jadłam niewiele, a centymetra w obwodzie nie wystarczało – równik to mało. Teraz pewnie zastanawiacie się cóż to za magiczny sposób na chudnięcie? Dieta 500 cal? Tabletki? Resekcja żołądka, a może codzienny seks?! Nic z tych rzeczy… No, może poza tym ostatnim 😉

Chcę wiedzieć, co było dalej i przechodzę do kolejnej odsłony metamorfozy.

 

Reklamy

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑